Teksty
MAM NA IMIĘ DZIWKA
[...]
31.08.2009. Poniedziałek. Dzień powszedni.
Dziś mieliśmy kolejne nauki przedmałżeńskie, dobrze, że nie zapomniałam, bo mało brakowało. Od samego rana Mama jęczała, że to ona powinna szykować wesele, a Pan Młody tylko wódkę i że to nie wypada i tak mnie w końcu zirytowała, że powiedziałam, że dwadzieścia dni to trochę mało, żeby wszystko przygotować. Rozpłakała się i powiedziała, że jestem wyrodną córką, więc zrobiło mi się strasznie głupio i zaraz ją przeprosiłam i powiedziałam, że jeśli chce, to przecież może robić to wesele razem z ciotką Piotrka, Magdą i że ona na pewno się ucieszy, bo każda pomoc sie przyda. Na to Mama rozsądnie zauważyła, że jest tu, w Warszawie, a ciotka Magda na Mazurach, więc to raczej odpada. I dlaczego nie robimy wesela w domu, skoro mamy tę willę. W zasadzie pytanie nie było takie głupie, bo po co się tłuc na Mazury, skoro prawie wszyscy goście mieszkają na miejscu, to może łatwiej sprowadzić tu ciotkę Magdę, niech szykuje u nas. Tak mi się ten pomysł spodobał, że jak tylko dorwałam Piotrka przed salką katechetyczną, bo tam się umówiliśmy, to zaraz zaczęłam go przekonywać, co zresztą poszło zadziwiająco łatwo, bo chyba mu się podoba ten dom, mimo, że nie chce się przyznać. Pozostał jeszcze problem przekonania ciotki Magdy, ale Piotrek powiedział, że z nią porozmawia.
Pojawił się ksiądz Roman i wpuścił nas do salki, zacierając ręce. Już się nawet przestałam dziwić, że nikogo oprócz nas nie było. Zapytał, jak nastroje przed ślubem i czy ćwiczyłam z dildo, tak, jak mi kazał, bo wie, że Piotrek miał pogrzeb ojca, więc pewnie nie miał głowy, żeby ćwiczyć ze mną. Zrobiło mi się wstyd, bo wprawdzie o tym myślałam, ale na myśleniu się skończyło. Ksiądz Roman popatrzył na nas groźnie, więc wyjąkałam, że kochaliśmy się w łazience w naszym nowym domu i że ta cała sprawa ze spadkiem, że dom, ale ksiądz Roman podniósł rękę i powiedział: „Córko, ja nie chcę nic słyszeć!" Bardzo trudno jest dyskutować z tego typu argumentem, więc nic nie mówiłam. Za to ksiądz Roman mówił długo o tym, jak po raz kolejny zawiodłam jego zaufanie i że wystarczyłoby, gdybym trenowała codziennie nawet po kwadransie. Że nie wymaga ode mnie wiele, ale przez moje roztrzepanie i lenistwo wręcz chorobliwe czuje się osobiście obrażony i upokorzony. Powiedział, że gdybym była jego rodzoną córką, toby wywalił mnie do tej łazienki razem z dildem i nie wypuściłby, dopóki by się nie zmieściło całe. Kiedy wreszcie przestał sie nade mną znęcać, zapytał Piotrka, czy mój tyłek był dla niego odpowiedni. A ten zdrajca powiedział, że był odrobinę za ciasny, chociaż mówił mi wczoraj, że jest idealny i cudownie rozciągnięty, kłamca jeden! Jeszcze o tym z nim porozmawiam, a na razie musiałam zacisnąć zęby i siedzieć pokornie w ławce. Piotrek chyba mnie pożałował, bo powiedział, że za to doskonale mu obciągnęłam i zupełnie bez problemu ruchał mnie w gardło na leżąco i na stojąco, mimo, że nie miał żelu. To podniosło trochę księdza Romana na duchu, chociaż Piotrek skłamał brzydko (ale skłamał dla mnie!), bo zrobiłam mu laskę, ale nie do końca, a w gardło włożył mi tylko na stojąco, chociaż faktycznie bez żelu. W każdym razie ksiądz Roman powiedział, że muszę jednak ćwiczyć, bo sam nie wie, czy zdamy egzamin na zakończenie nauk, a być może przyjedzie wtedy sam ksiądz biskup. Mnie znowu odebrało mowę, a Piotrek autentycznie się wściekł i powiedział, że są granice idiotyzmu, których on nie przekroczy i mi także zabrania przekraczać, bo i tak na wiele się już na tym kursie zgodziliśmy. Powiedział, że on, Piotrek zrobił to dla świętego spokoju, żeby nie ranić moich uczuć religijnych, a nie z żadnego przekonania i w ogóle uważa księdza Romana za kompletnego zboka i pojeba. Przeraziłam się śmiertelnie i już żegnałam się ze ślubem kościelnym, a nawet z życiem, ale ksiądz Roman wzniósł ręce do nieba (myślałam, że chce nas walnąć, albo co najmniej wykląć) w dziękczynnym geście i powiedział, że dziękuje Panu za łaskę nawrócenia dla tego grzesznika i że uświadomienie sobie własnych win jest początkiem drogi do oczyszczenia duszy. I że jako ksiądz, dobry Polak i katolik wybacza Piotrkowi złe myśli pod swoim adresem. Wobec tego, jak dodał Piotrek spełnił już większość warunków Sakramentu Pokuty, bo zrobił rachunek sumienia, gwałtowność jego wypowiedzi świadczyła o tym, jak silny żal odczuwa, a szczerą spowiedź właśnie usłyszeliśmy. Powiedział, ze nie potrzebuje od Piotrka żadnego zadośćuczynienia, a co do Pana Boga, to Jemu zapewne wystarczy, jeśli dobrze zdamy egzamin.
Piotrek wyglądał jak człowiek, na którego oczach właśnie rozbił się samolot, albo taki, co usłyszał, jak Andrzej Lepper mówi bez podstawowych błędów gramatycznych, więc wzięłam go za ramię i wyprowadziłam z salki. Ksiądz Roman nas pobłogosławił, powiedział, żebym nie zapomniała o ćwiczeniach i na tym się rozstaliśmy. Zaprowadziłam Piotrka do pobliskiego baru, bo nadal był w szoku, a wiem, że szok bardzo potrafi zaostrzyć apetyt. Zamówiłam dla niego całe mnóstwo kebabów i innego dobra, które zjadłam i zapytałam (bo już wyszedł z szoku, miałam rację zabierając go do tego baru!), co o tym wszystkim myśli. Powiedział, że kogoś takiego, jak ksiądz Roman jeszcze nie widział i że to wszystko po prostu przekracza ludzkie pojęcie i się w pale nie mieści. Przytaknęłam mówiąc, że sam mógł doświadczyć, jak wybitnym spowiednikiem jest ksiądz Roman, chociaż określenie „pała" w jego kontekście wydało mi się wielce wulgarne i niestosowne. No chyba, że Piotrek użył go pod swoim adresem. Mniejsza z tym. Powiedziałam, że ksiądz Roman wcale nie jest wyjątkiem w Kościele Katolickim, bo większość księży jest dokładnie taka sama, choć nie wszyscy potrafią tak jasno i klarownie przekazać istotę prawd Wiary, powierzonej im w seminariach duchownych.
Piotrek był wyraźnie w kłótliwym nastroju, bo zapytał, czy robię sobie z niego jaja (ach, ten jego język!). Powiedziałam, że absolutnie nie (jakby to nie było jasne) i jako przykład opowiedziałam historię o tym, jak straciłam dziewictwo.
MOJA HISTORIA O TYM, JAK STRACIŁAM DZIEWICTWO
Stało sie to na pielgrzymce do Częstochowy w 2002 roku. Koniec.
Nie, to był dowcip. Dobrze, zaczynam raz jeszcze:
Stało sie to na pielgrzymce do Częstochowy w 2002 roku. Po trzydziestokilometrowej wędrówce wszyscy byli zmęczeni, a mi dodatkowo wysiadło gardło, bo cały dzień śpiewałam ile sił w płucach pieśni maryjne. Poszłam po picie dla całej grupy. Przed Kościołem stał stół z wiadrami z herbatą i wodą z cytryną, ale nie mogłam przecież wziąć całego wiadra, tym bardziej, że nie było przykryte i wszystko bym rozchlapała. Obok stołu leżały na szczęście małe sześciopaki z wodą mineralną. Złapałam dwa, ale było tego trochę mało, bo nasza grupa była liczna. Wobec tego pomyślałam że trudno, ale nie chce mi się dwa razy chodzić, więc jeden sześciopak włożyłam pod pachę ręki, którą trzymałam już jeden i schyliłam się po kolejny. Oczywiście sześciopak wyleciał mi spod pachy, więc pomyślałam, że nie tędy droga. Podniosłam sześciopak i zaczepiłam przechodzącego kleryka, żeby mi włożył w rękę. Wytrzeszczył na mnie oczy i zapytał, co właściwie mam na myśli i o co mi chodzi. Byłam zmęczona i nie miałam siły tłumaczyć, więc powiedziałam, że jeśli nie chce w ten sposób, to wezmę go w zęby, a jeśli wyślizgnie mi się z buzi, to zawsze jeszcze mogę wziąć go między nogi. W myślach zobaczyłam się z tymi wszystkimi sześciopakami wody i wybuchnęłam śmiechem. Pewnie pomyślał sobie, że jestem jakimś dałnem (ciekawe, jak się to pisze, muszę sprawdzić), bo powiedział, żebym odstawiła wodę i poszła za nim. Było mi jej szkoda, bo na pielgrzymkach ludzie bardzo dużo piją i gdybym ją zostawiła, to na pewno ktoś by ją zabrał. Z nadzieją zapytałam więc, czy ma wózek, na co odpowiedział, że nie, bo nie ma jeszcze prawka, bo nie jest jeszcze pełnoletni, ale jego stary ma i to całkiem niezły. Po co komu prawko do ciągnięcia wózka magazynowego? – zastanawiałam się, ale poszłam za nim. Weszliśmy do jakiegoś baraczku obok Kościoła, ale tam nie było jego ojca, zresztą wózka też nie dostrzegłam. Zapytałam wobec tego, co z tym wózkiem, na co on powiedział, że jestem blacharą (?), lecę tylko na forsę, zadarł mi na głowę sukienkę i normalnie zgwałcił, z tym, że podczas gwałtu gwałcona wrzeszczy, a ja nie mogłam, bo strasznie mnie gardło bolało od tych pieśni maryjnych.
Potem uciekł, a ja z płaczem poszłam do Mamy. Cała grupa napadła na mnie, gdzie jest to picie, ale Mama zobaczyła, że coś mi się stało i kazała wszystko opowiedzieć. Opowiedziałam i Mama się naprawdę STRASZNIE wściekła i zaczęła krzyczeć, żeby ktoś dał jej komórkę, bo trzeba wezwać policję. Niestety nikt nie miał, bo Ojciec Dyrektor nie doznał wtedy jeszcze aktu oświecenia i nie uruchomił swojej sieci, więc Mama poleciała szukać jakiegoś policjanta w okolicy. Złapała jednego, który pilnował, żeby ktoś nie rozjechał pielgrzymki i chociaż tamten tłumaczył Mamie, że jest z drogówki i w razie przestępstwa niedrogowego nie wolno mu interweniować usiłowała zmusić go, żeby zadzwonił na komendę (w sensie „zatelefonował do przełożonych", a nie w tym drugim). Policjant wreszcie kazał się Mamie zamknąć i przestać profanować jego mundur (rzeczywiście szarpała go za kamizelkę odblaskową), bo nigdzie nie zadzwoni. Pewnie by się tak przemawiali, bo Mama wyglądała na zdesperowaną, ale odezwał się jeden pan z naszej grupy i powiedział, że jest nawróconym prawnikiem i widzi nawet z tego miejsca, że baraczek, w którym doszło, do czego doszło, stoi jednym rogiem na poboczu, i jest w związku z tym częścią pasa drogowego. Policjant poszedł, sprawdził i jak wrócił, to zadzwonił (w sensie „zatelefonował").
Już po dwóch godzinach przyjechał radiowóz i przywiózł ekipę dochodzeniową, oraz biskupa, który przyjechał usłyszawszy, że uwiedziony i zgwałcony został proboszcz tutejszej parafii. Policjant z drogówki wyjaśnił to zabawne nieporozumienie, ale ksiądz biskup powiedział, że i tak zostanie, mimo błahości zdarzenia. Ekipa dochodzeniowa składała się z miejscowego komendanta policji i jego zastępcy, którzy powiedzieli, że muszą przeprowadzić wizję lokalną i poszli do baraczku dzwoniąc butelkami. Dołączył do nich ksiądz biskup, a policjant z drogówki pilnował, żeby nikt im nie przeszkadzał. Po jakiejś godzinie zawołali mnie, żebym przyszła, bo muszą zrobić obdukcję.
Pan nawrócony prawnik powiedział, że mam prawo iść z Mamą, bo bardzo bałam się wchodzić do tego baraczku, mając z niego złe wspomnienia. Poszłyśmy, a policjant nie chciał Mamy wpuścić, ale pan prawnik powiedział, że Mama musi wejść, bo te pieprzone pijaki nie wiedzą, co robią i w razie czego ten pan policjant będzie odpowiadał za współudział (?). Wtedy ten policjant ją wpuścił. Weszłyśmy do środka, gdzie strasznie śmierdziało spirytusem (wiem, jak śmierdzi spirytus, bo Mama stawiała mi bańki, jak miałam zapalenie płuc) i jakimiś chemikaliami o zapachu ogórków kiszonych. Kazali mi sie rozebrać, czego się bardzo wstydziłam i mówiłam, że to nieprzyzwoite, ale Mama walnęła mnie w łeb, bo jak powiedziała, dla przyzwoitości jest tu przecież ksiądz biskup. Zbadali mnie bardzo dokładnie, mimo, że było ciemnawo. Wyjęli nawet szkło powiększające. Ksiądz biskup kazał im dokładnie obejrzeć moją pupę, co zresztą zrobili, choć pomyślałam, że nie są takimi wielkimi specjalistami, bo poprosili księdza biskupa o konsultację. Konsultacja dała tylko tyle, że doszli do wniosku, że nic mi tam nie zrobił (co przecież sama mogłam im powiedzieć), choć ksiądz biskup powiedział, że bardzo się temu dziwi. Komendant powiedział, że z tymi zwyrodnialcami nigdy nic nie wiadomo, na co ksiądz biskup z oburzeniem powiedział, że wszyscy są naszymi braćmi, nawet zagorzali zbrodniarze, choć w tym wypadku trudno mówić o zbrodni.
Potem zaczęli oglądać mnie z przodu i wszyscy w trójkę orzekli, że jestem zadziwiająco dobrze rozwinięta, jak na swój wiek. W ruch znowu poszło szkło powiększające i ksiądz biskup stwierdził, że za małą dziewczynkę nie wziąłby mnie nawet ślepy pustelnik, wobec czego on ręczy słowem, że nie był to żaden kleryk, tylko przebieraniec, który się zwyczajnie podszył pod seminarzystę. I że może przysiąc z ręką na Biblii, że w seminarium absolutnie nikt nie chciałby uprawiać seksu z żadną, choćby tylko częściowo dojrzałą dziewczyną, a moja pupa wskazuje jednoznacznie, że nie wziął mnie (tu zarechotali, jakby to był świetny dowcip) za chłopca.
Biskup powiedział, że skoro to już ustalili, to nie ma nic więcej do roboty i prosi, żeby go odwieźć. Mama zapytała, co będzie, jeśli jestem, nie daj Boże, w ciąży. Na to ksiądz biskup powiedział, że w razie najgorszego Kościół udzieli nam wszelkiej możliwej pomocy, może nawet zostaną odśpiewane w mojej intencji godzinki. A gdyby ciąża okazała się mnoga, to nie wyklucza odprawienia Mszy w intencji szczęśliwego rozwiązania. Już będąc w drzwiach ksiądz biskup uderzył się w głowę i powiedział, że przecież nie zapytał o najważniejsze, to jest, czy gwałciciel nie użył prezerwatywy. Nie wiedziałam, co to jest prezerwatywa, a ksiądz biskup powiedział, że jeśli nie wiem, to na pewno nie użył. Pogłaskał mnie po policzku i wyszedł, a za nim zataczając się policjanci, czemu się nie dziwiłam, bo z duchoty i upału mi też kręciło się w głowie.
Na tym skończyłam, a Piotrek zapytał, co chciałam tą opowieścią udowodnić, bo on już w połowie kompletnie się zgubił. Powiedziałam z dumą, że to przecież oczywiste: bandyta, który mnie zgwałcił (teraz już wiem, jak duże jest to przestępstwo), nie był ani klerykiem, ani udającym kleryka księdzem, tylko zwykłym śmiertelnikiem, więc Piotrek widzi, jak prawi są słudzy Kościoła, bo żaden z nich mnie nie zgwałcił, choć wielokrotnie mieli okazję, bo często na pielgrzymkach chodziłam po picie, albo po jedzenie, choć po to drugie nie tak często, bo zwykle nie donosiłam.
Piotrek powiedział, że czasami zadziwia go wyrafinowanie mojego dowcipu, więc chyba dał się przekonać. Już w pełnej zgodzie zamówiliśmy dla niego drugi obiad, bo przecież nic nie zjadł z tego pierwszego. Nie mogłam się potem ruszać i mimo, że to blisko, to Piotrek odwiózł mnie do domu.
01.09.2009. Wtorek. Wspomnienie bł. Bronisławy, dziewicy. Rano. (Bardzo wcześnie rano.)
Oj, przesadziłam wczoraj z tym obiadem.
01.09.2009. Wcześnie rano
Te bary to gotują jednak straszne syfy.
001.09.2009. Nadal rano
Może złożę skargę do Sanepidu?
001.09.2009. Rano
Nic dziwnego, że pierwszego września Niemcy zaatakowały Polskę.
01.09.2009. Trochę później.
Zaraz umrę...
Ciąg dalszy (oraz to, co się zdarzyło wcześniej) w książce SŁODKA WALENTYNKA.