Teksty

SZARA MYSZKA

                                                                                                                                                                                                                                                                                           

X 8- Tak, tak... o Boże... tak! – Monika krzyczała, leżąc na stole. Trzymałem jej nogi w kostkach, rozszerzając na boki, by mieć lepszy dostęp do pizdy. Ruchałem ją mocno, uderzając jądrami o wypięty tyłek. Wysunąłem prawie całego lśniącego od jej soków kutasa i jeszcze raz mocno pchnąłem.
- Teraz chcę wziąć cię od tyłu.
Monika opuściła nogi na podłogę, obróciła się do mnie plecami i oparła łokciami na stole. Wszedłem w nią i znowu zacząłem ruchać. Była już bardzo podniecona, bo prawie nie czułem jej wnętrza, jakbym wsadzał chuja w gąbkę nasączoną wodą. Pewnie dwa porody, które przeszła też zrobiły swoje.
- Złącz nogi, bo chcę cię ciaśniej.
Za chwilę wsadzałem jej w pizdę, jednocześnie szorując chujem między pośladkami. Monika cicho jęczała, ale widać było, że ta pozycja sprawia jej o wiele mniejszą rozkosz.
W gruncie rzeczy guzik mnie to obchodziło.

Wyjąłem chuja z pizdy Moniki i obszedłem stół podchodząc do jej twarzy.
- Otwórz buzię.
Monika posłusznie otworzyła usta, a ja położyłem kutasa na jej wysuniętym języku i zacząłem go wsuwać głębiej. Monika schowała język i wargami objęła mojego chuja. Zacząłem ruchać ją w usta, co było znacznie przyjemniejsze niż tradycyjny seks, który mieliśmy przed chwilą. Wargi Moniki wciąż ciasno obejmowały i szorowały mojego kutasa. Złapałem się krawędzi stołu i wepchnąłem głębiej. Monika się zadławiła, gwałtownie wypluła mojego kutasa i zaczęła kasłać.
- Kompletnie cię pojebało? – nadal się dławiła, a w jej oczach pojawiły się łzy rozpuszczając tusz na rzęsach.
Była bardzo ładna, ale teraz wyglądała jak półtora nieszczęścia, czerwona i zasmarkana, ubrana jedynie w pomiętą bluzkę i z twarzą brudną od rozmazanego makijażu.
Wziąłem kutasa w rękę. Był cały mokry od śliny Moniki, Złapałem mocno i zacząłem sobie obciągać. Patrzyłem na krztuszącą się Monikę i mechanicznymi ruchami doprowadziłem się do orgazmu. Przymknąłem oczy. Ziemia się nie zatrzęsła, ale było całkiem nieźle. Wytrysk miałem potężny, bo kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, że Monika wyciera twarz z mojej spermy, której zresztą większa część wylądowała na jej bluzce. Skrzywiła się i patrząc na mnie powiedziała, jakby sama sobie odpowiadając:
- Kompletnie cię pojebało...
Spojrzałem za okno i dostrzegłem skurczoną sylwetkę Beaty, okutaną jak zwykle za dużą kurtką z kapturem. Wiał silny wiatr, który przewracał ją prawie, kiedy przeskakiwała kałuże i lawirowała pomiędzy koleinami październikowego błota. Zaterkotał dzwonek i zaraz rozległ się charakterystyczny gwar głosów, dźwięk odsuwanych krzeseł i trzask otwieranych drzwi. Zaczynała się długa przerwa.
***
W Ł*** uczyłem matematyki od dwunastu lat. Przez moją klasę przewinęło się kilka setek dzieciaków, całkowicie dla mnie anonimowych, tępych jak ich rodzice i całkowicie odpornych na wiedzę. Trudno się zresztą było spodziewać czegoś innego w tym małym podlubelskim miasteczku, gdzie zespół szkół średnich działał tylko z przyzwyczajenia, wciąż zagrożony zamknięciem przez władze gminy. Już w chwili zatrudnienia dyrektorka powiedziała jasno, że mam jedynie przepychać je z klasy do klasy i nie zostawiać na drugi rok, bo inaczej obniżą się wyniki szkoły w rankingach, co postawi jej istnienie pod znakiem zapytania.
- Panie Marku, szczerze mówiąc jest pan tylko ręką do wpisywania trójek na świadectwie... zresztą bardzo ładną ręką, jeśli mam być szczera...
- Inne części ciała też mam bardzo ładne – uśmiechnąłem się lekko i zanim dyrektorka zdążyła cokolwiek powiedzieć wstałem, podszedłem do niej i mocno pocałowałem w usta. Przez moment się opierała, ale po kilku nieudolnych próbach odepchnięcia mnie zrobiła się miękka i otworzyła usta delikatnie gryząc mnie w język.
Oderwałem się od niej, wyprostowałem i rozpiąłem rozporek. Mimo wieku była dość atrakcyjna, jak to mówią „z widocznymi śladami dawnej urody". Już wcześniej byłem podniecony, bo dawno żadnej nie ruchałem, a dyrektorka od początku wyglądała na chętną. Z trudem wyjąłem naprężonego kutasa i trzymając go w ręku podsunąłem dyrektorce. Widziałem, że oczy robią jej się coraz większe, bo rzeczywiście było co oglądać: mój kutas jest naprawdę duży, może nie nadzwyczajnie długi, jakieś dwadzieścia centymetrów, ale za to bardzo gruby. Niewiele kobiet jest w stanie zamknąć na nim palce, nawet jak ma wyjątkowo długie paznokcie. Pewnie mógłbym zrobić karierę w branży porno, ale z powodu rozmiaru rzadko która babka zgadzała się brać go w usta, a o modnym ostatnio seksie analnym mogłem tylko pomarzyć.
Dyrektorka uśmiechnęła się i zważyła mojego chuja w dłoni. Pochyliła się nad nim i wysuniętym językiem zaczęła lizać główkę. Próbowała wsunąć go do buzi, ale był dla niej za wielki, bo westchnęła i odepchnęła mnie lekko. Wstała, odwróciła się i podniosła spódnicę. Pod spodem miała tylko pas do pończoch (stara szkoła, jak to mówią). Wypięła do mnie trochę pomarszczony, ale całkiem apetyczny tyłek eksponując bardzo obrośniętą futerkiem pizdę i powiedziała:
- Postaraj się mnie dobrze zaspokoić.
Rozsunąłem jej pośladki i widząc jak bardzo jest mokra włożyłem jej do środka. Jak na swój wiek była niezwykle ciasna, co sprawiło mi naprawdę wspaniałą niespodziankę. Złapałem ją za biodra i wbiłem się głębiej. Zamruczała z aprobatą i jeszcze bardziej wystawiła dupę. Zacząłem ją ruchać, patrząc na drzwi i zastanawiając się, czy ktoś nie wejdzie. Dyrektorka złapała za krawędź fotela, żeby nie upaść i wyżej podniosła głowę. Miała zniszczone trwałą i farbowaniem włosy, duże dłonie bez śladu manicure, pokryte piegami i plamami wątrobowymi oparła na fotelu. Jej perfumy były kiepskiej jakości, ale mnie i tak było wszystko jedno. Skoncentrowałem się na jej piździe, którą posuwałem gładko i mocno. Z każdym moim uderzeniem falowały jej pośladki, a oddech stawał się coraz bardziej urywany.
- Skończ we mnie, już miałam klimakterium...
- Nie wierzę – powiedziałem z prawdziwym przekonaniem strzelając głęboko w jej pizdę pierwszą strugą spermy.
Dyrektorka doszła w tym samym momencie. Zagryzła wargi i jeszcze bardziej odchyliła głowę do tyłu. Wyraźnie czułem, jak przelewa się przez nią gwałtowny skurcz zaczynający się gdzieś we wnętrznościach, a potem przebiegający całe ciało i koncentrujący się ponownie na ściankach pochwy. Do diabła, niezła była! Wytryskiwałem w nią raz za razem, a skurcze pizdy dodatkowo mnie podniecały. Mimo dawno przekroczonej pięćdziesiątki była naprawdę wspaniała i nie pamiętam, kiedy miałem tak intensywny orgazm.
Wreszcie skończyła mnie doić, opuściła spódnicę i poprawiła włosy. Schowałem ospermionego kutasa z powrotem w spodnie, uważając, żeby ich nie ubrudzić. Dyrektorka usiadła w fotelu, odchrząknęła i ręką wskazała mi krzesło naprzeciwko.
- Jest pan przyjęty, panie Marku. Pani Zosia w sekretariacie wypisze panu wszystkie papiery.
***
Przez te dwanaście lat było najczęściej monotonnie i nudno. Od czasu do czasu rżnąłem dyrektorkę, miałem kilka nieudanych randek na mieście z jakimiś kasjerkami z marketów, dwiema czy trzema urzędniczkami z magistratu, miejscową farmaceutką obarczoną trójką dzieci i uporczywym brakiem męża. Wyruchałem dwie miejscowe kurwy, bardziej dla zachowania lokalnej tradycji niż z rzeczywistej potrzeby. W kościele bywałem rzadko, urastając przez to w oczach tutejszej społeczności do rangi miejscowego bezbożnika a nawet częściowego ateisty. Na szczęście nie byłem w typie księdza proboszcza, który zdecydowanie wolał młodszych i którego awanse pod moim adresem wydawały się z lekka wymuszone i też bardziej zwyczajowe niż autentyczne.
Można powiedzieć, że wtopiłem się w małomiasteczkowe środowisko, jakbym mieszkał tu całe życie.
Po odejściu dyrektorki na emeryturę zacząłem rżnąć Monikę, nauczycielkę chemii. Miała męża i dwoje dzieci, sporo wolnych okienek pomiędzy lekcjami każdego dnia, niezaspokojone potrzeby seksualne i buzię na tyle pojemną, że mogłem ją ruchać w usta, co zresztą często robiłem. Moje powołanie do niesienia maluczkim znicza oświaty wypaliło się zupełnie.
***
Beata była inna niż pozostałe dzieciaki. Miała chłodny umysł prawdziwego matematyka, mimo, że jej zasób wiadomości wyniesiony z podstawówki był ubogi i fragmentaryczny. Nie spotkałem jednak nikogo, kto jak ona wręcz rozpaczliwie pragnąłby wiedzy.
Pochodziła z bardzo biednej, wielodzietnej rodziny, co akurat we wschodnich województwach nie było niczym niezwykłym. Rozumiała chyba, że nie ma żadnych szans na studia, a i tak nie wiadomo, jakim cudem rodzice zgodzili się posłać ją do szkoły średniej. Dużo prawdopodobniejsze byłoby umieszczenie jej w pobliskim pegeerze, lub jako sprzątaczki w którejś z okolicznych hurtowni budowlanych. Może tak sie nie stało, bo była bardzo drobna i wyglądała na chorowitą. Dość, że zaczęła chodzić do mnie do klasy.
Dostałem właśnie wychowawstwo, czego starłem się rozpaczliwie przez lata unikać, bo niewielki dodatek do pensji nie rekompensował mi utraty spokoju i błogiego lenistwa. Niestety dawnej dyrektorki już nie było, a nowa gustowała zdecydowanie bardziej w płci pięknej. Nie pomogły moje prośby pod adresem Moniki, żeby się za mną wstawiła (po seksie dyrektorka powiedziała Monice, „że zobaczy, co się da zrobić") i tak zostałem obarczony trzydziestką kompletnych półmózgów, leniów, nałogowców i agresywnych kretynów wraz z ich równie atrakcyjnymi rodzicielami.
Przez pierwsze tygodnie w ogóle nie zauważyłem, że jest moją uczennicą. Na lekcjach była cicha, wycofana i prawie niewidoczna na tle rozwrzeszczanej klasy. Siedziała pośrodku rzędu, ani z przodu, ani z tyłu, z nikim nie rozmawiała i tylko zachłannie patrzyła w podręcznik, jakby od tego zależało jej życie. Nie należała do żadnej szkolnej grupy, choć od czasu do czasu, kiedy już ją zacząłem dostrzegać widziałem, ze snuje się pomiędzy nimi traktowana jak powietrze, zbyt mało uciążliwa, żeby ją przepędzić.
Była nieatrakcyjna. Mimo, że miała skończone piętnaście lat, wyglądała najwyżej na jedenaście. Metr pięćdziesiąt wzrostu, znacznie poniżej pięćdziesięciu kilogramów, żadnych piersi, tyłka, czegokolwiek, co świadczyłoby, że jest kobietą. Krótkie potargane, nieokreślonego koloru włosy, zbyt duże szerokie usta, które się nigdy nie uśmiechały, za duży nos i małe, zaniedbane dłonie. Jedyne, co miała naprawdę piękne, to oczy – wielkie, dość daleko osadzone, prawie czarne. Ale zwykle zamglone i jakby nieobecne. Ożywiały się tylko patrząc w książkę lub na tablicę, na której pisałem matematyczne wzory. Ciuchy chyba po starszym bracie, o kilka numerów za duże, tak samo buty. Zero makijażu, a czasem zero wody i mydła. Istna tragedia. Po prostu szara myszka, szczególnie na tle niektórych lasek z klasy, wyglądających, jakby przyszły prosto z kręcenia pornosa.
Realizowaliśmy szkolny program po łebkach i na odwal się. Większość zajęć poświęcaliśmy na godziny wychowawcze: Nowak pobił Marczuka, Dębicka została złapana na kradzieży w sklepie, a Andrzejewski znowu się upił. Normalne życie klasowe będące dokładnym odbiciem ich życia w domach – bez sensu i bez nadziei.
Starałem się nie zadawać prac domowych, klasówki, które zresztą dyskretnie poprawiałem by podciągnąć im oceny robiłem bardzo rzadko, a na lekcjach nigdy nie brałem ich do tablicy. Najczęściej mówiłem, by przeczytali temat z książki i porozwiązywali zadania, a sam się brałem za gazety. Gdzieś tak koło początku listopada parę razy zwróciłem uwagę na tę dziewczynkę. Sprawdziłem w dzienniku, że nazywa się Beata Fines, w odróżnieniu od koleżeństwa prawie nie wagaruje i ma całkiem niezłe oceny. Na moich lekcjach też zachowywała się nietypowo: siedziała sama w ławce, wciąż czytając lub coś pracowicie notując. Najpierw myślałem, że wetknęła w podręcznik jakieś pisemko dla nastolatek i rozwiązuje krzyżówki, ale kiedyś przechodząc obok spojrzałem co robi i kompletnie zdębiałem – Beata rozwiązywała na kartce zadania z samego końca podręcznika i to jeszcze podkreślone jako „przeznaczone specjalnie dla zaawansowanych". Cicho stanąłem za nią i zacząłem liczyć w pamięci. Muszę przyznać, że miałem kłopoty, a w tym samym czasie Beata rozwiązała zadanie i wzięła się za następne. W klasie zrobiło się cicho, wszyscy myśleli, że dorwałem Beatę na jakimś grubszym numerze i zaraz ją zdzielę w łeb, albo co najmniej wyrzucę z sali. Ona też coś wyczuła, bo nagle przestała pisać i skuliła się, jakby rzeczywiście obawiała się ciosu.
- Przepraszam... ja tylko...
Delikatnie klepnąłem ją w ramię i odszedłem od ławki bez słowa. Potem siedząc za biurkiem patrzyłem znad gazety, jak dalej coś pracowicie pisze.
Na następnych lekcjach kilka razy wyrwałem ją do tablicy, ale zadania, które jej dyktowałem rozwiązywała szybko i od niechcenia. Odnosiłem wrażenie, że nawet czuje się lekko urażona niską poprzeczką, którą przed nią ustawiłem. Nie mogłem dać jej nic trudniejszego, bo dla reszty klasy to, co robiła było i tak czarną magią. Jednocześnie zdarzało się jej robić zupełnie banalne pomyłki, które całkowicie ją stopowały. Patrzyła wtedy na tablicę, na mnie, wreszcie na swoje ubrudzone kredą dłonie i tak zastygała, trochę jak robot, któremu odcięto zasilanie. Gdy mówiłem, co skopała, ożywiała się i szybko kończyła zadnie. Nigdy nie popełniała dwa razy tego samego błędu, więc wyraźnie to zaległości z lat ubiegłych były jej jedynym problemem. Raz przyniosłem dla niej ćwiczenia klas maturalnych, żeby je spokojnie przejrzała. Za dwa dni znalazły się na moim biurku, starannie złożone i rozwiązane od deski do deski.
Jeszcze nie miałem takiego ucznia. Poczułem dla niej sympatię i – co dla mnie nietypowe – zacząłem się zastanawiać, jak jej pomóc. Myślałem, czy nie pogadać z jej rodzicami, których zresztą z zebrań prawie nie kojarzyłem, niejasno pamiętałem jej ojca czy ojczyma, wielkiego czarnowłosego chłopa, takiego ze dwa metry wzrostu i dwa metry w pasie, który chyba pracował dorywczo na jakiś budowach, nie bardzo tylko wiedziałem, co mam im powiedzieć. Żadnego stypendium nie byłem w stanie załatwić, a znajomość czytania, pisania czy matematyki była w życiu zupełnie zbędna odkąd na kasach w marketach pojawiły się czytniki kodów kreskowych.
Przyniosłem jej kilka zeszytów ćwiczeń, niektóre nawet z mojej polibudy i w ciągu kilku dni wszystkie pojawiały się sie na moim biurku wypełnione i rozwiązane. Traktowałem to jak niewinną rozrywkę, niemałe więc było moje zdziwienie, kiedy w połowie grudnia po lekcjach rozległo się pukanie do drzwi i na progu pojawiła się Beata z rodzicami. Weszli do środka i stanęli przede mną. Ojciec – rzeczywiście wielki jak pamiętałem, matka, drobna kobiecina podobna do Beaty, tylko znacznie starsza, a pośrodku sama Beata jak skazaniec prowadzony na egzekucję. Facet zaczął mówić, ale robił to tak niewyraźnie, że niczego nie rozumiałem. Prawie nie oddzielał wyrazów, jakby wypowiadał jedno, groteskowej długości zdanie, na jednym tonie, nic nie akcentując i ani na moment nie przerywając. Dopiero po chwili zacząłem łapać, co gada i muszę przyznać, że mnie kompletnie zamurowało z obrzydzenia.
„... pocożeś pan daje jej te zagwozdki no dziewucha w chałupie nie pomaga matce nie pomaga pierdolić się nie daje mnie synom a moja ma ciotę ona zawsze ma a młoda dla mnie za ciasna i wrzeszczy jak głupia spokoju panie nie ma mówi żeś pan zadał i nie zda jak nie zrobi a mnie panie chuj z tym bele coś w chałupie robiła i dupy dawała jak pan żeś się uwzięł to co ja bidny mam robić piniędzy ni ma to nie dam a możeś pan chcesz ją wyruchać tylko żeś się pan wstydzisz?" – zakończył ni to pytaniem, ni to stwierdzeniem. Żona tylko kiwała głową najwyraźniej potakując, a Beata kuliła się między nimi coraz bardziej.
Nie wiedziałem, co mam robić – iść do dyrektorki, dzwonić na policję, czy mu po prostu przypierdolić. Siedziałem na fotelu jak głupi, wreszcie się ocknąłem i wrzasnąłem na całe gardło:
- Panie, wyjdź pan stąd, bo zawołam policję!
Uśmiechnął się krzywo, jakby miał świadomość możliwości policji w tym i każdym innym względzie.
- Pan mnie policją nie strasz pedały jebane tylko mandaty za prędkość za wódkę a skąd mam na łapówki brać chuje pierdolone jebią się nawzajem jebię ich chuje jedne jebane a co z dziewuchą wypierdol ją pan jest dobra i w paszczę i w pizdę i w dupę i po dwóch bierze dziwka kurwa jest taka sama jak matka tylko matka ma ciotę kurwa jedna pierdolona to co będzie? – znowu zapytał.
- Panie, wyjdź pan natychmiast – prawie go wypchnąłem za drzwi, mimo, że ważył chyba dwukrotnie więcej ode mnie. Beata z matką pokornie podreptały za nim, trzasnęły drzwi i zostałem sam w pustej klasie. Byłem tak zszokowany, że cały się trząsłem....

 

 

Ciąg dalszy w książce SŁODKA WALENTYNKA.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej.