Teksty
POLISA
Zdarzyło się to w kwietniu albo w maju 2001 roku, kiedy jeszcze mieszkałem i pracowałem w Warszawie. Byłem copywriterem w dużej agencji reklamowej na Powiślu, a to, co z tej pracy pamiętam, to, że miałem jej serdecznie dosyć. Byłem zdaniem szefa „niskokreatywny" a czułem się zwyczajnie śmiertelnie znudzony wymyślaniem sloganów do kampanii reklamowych jogurtów, lodów i proszków do prania. Mój szef też chyba się stawał mną znudzony i jedynym powodem, dla którego mnie jeszcze nie wywalił był fakt, że z tych nudów łapałem się w firmie każdej dodatkowej roboty, nawet takiej jak przyniesienie prezesowi kawy czy odebranie z pralni sukienki kierowniczki działu. Wszystko byle tylko nie siedzieć za biurkiem i nie wpatrywać się tępo w pusty ekran komputera z migającym kursorem po środku.
Wcale więc nie byłem zdziwiony, gdy w któreś piątkowe popołudnie Zibi (czyli właśnie mój szef) wezwał mnie do swojego gabinetu i powiedział:
- Juruś, słoneczko moje, mam do ciebie serdeczną prośbę – umówiłem się na dzisiaj z agentem ubezpieczeniowym, ale rozumiesz wypadło mi coś nieoczekiwanego i muszę wyjść wcześniej z pracy... Tu spojrzał w kierunku drzwi do kopiarni z za których, jak mi się zdawało, dobiegł przytłumiony chichot i mrugnął do mnie znacząco.
SZARA MYSZKA
- Tak, tak... o Boże... tak! – Monika krzyczała, leżąc na stole. Trzymałem jej nogi w kostkach, rozszerzając na boki, by mieć lepszy dostęp do pizdy. Ruchałem ją mocno, uderzając jądrami o wypięty tyłek. Wysunąłem prawie całego lśniącego od jej soków kutasa i jeszcze raz mocno pchnąłem.
- Teraz chcę wziąć cię od tyłu.
Monika opuściła nogi na podłogę, obróciła się do mnie plecami i oparła łokciami na stole. Wszedłem w nią i znowu zacząłem ruchać. Była już bardzo podniecona, bo prawie nie czułem jej wnętrza, jakbym wsadzał chuja w gąbkę nasączoną wodą. Pewnie dwa porody, które przeszła też zrobiły swoje.
- Złącz nogi, bo chcę cię ciaśniej.
Za chwilę wsadzałem jej w pizdę, jednocześnie szorując chujem między pośladkami. Monika cicho jęczała, ale widać było, że ta pozycja sprawia jej o wiele mniejszą rozkosz.
W gruncie rzeczy guzik mnie to obchodziło.
MAM NA IMIĘ DZIWKA
[...]
31.08.2009. Poniedziałek. Dzień powszedni.
Dziś mieliśmy kolejne nauki przedmałżeńskie, dobrze, że nie zapomniałam, bo mało brakowało. Od samego rana Mama jęczała, że to ona powinna szykować wesele, a Pan Młody tylko wódkę i że to nie wypada i tak mnie w końcu zirytowała, że powiedziałam, że dwadzieścia dni to trochę mało, żeby wszystko przygotować. Rozpłakała się i powiedziała, że jestem wyrodną córką, więc zrobiło mi się strasznie głupio i zaraz ją przeprosiłam i powiedziałam, że jeśli chce, to przecież może robić to wesele razem z ciotką Piotrka, Magdą i że ona na pewno się ucieszy, bo każda pomoc sie przyda. Na to Mama rozsądnie zauważyła, że jest tu, w Warszawie, a ciotka Magda na Mazurach, więc to raczej odpada. I dlaczego nie robimy wesela w domu, skoro mamy tę willę. W zasadzie pytanie nie było takie głupie, bo po co się tłuc na Mazury, skoro prawie wszyscy goście mieszkają na miejscu, to może łatwiej sprowadzić tu ciotkę Magdę, niech szykuje u nas. Tak mi się ten pomysł spodobał, że jak tylko dorwałam Piotrka przed salką katechetyczną, bo tam się umówiliśmy, to zaraz zaczęłam go przekonywać, co zresztą poszło zadziwiająco łatwo, bo chyba mu się podoba ten dom, mimo, że nie chce się przyznać. Pozostał jeszcze problem przekonania ciotki Magdy, ale Piotrek powiedział, że z nią porozmawia.
DZIEWCZYNA Z LUSTRA
[...]
Więc ciągnęła mnie w stronę lasu, a ja z bezsilności i rozpaczy dawałam się ciągnąć. W efekcie dociągnęła mnie. W końcu puściła mój t-shirt, a ja pomyślałam, że to ostatnia szansa na ucieczkę. Już się nawet spięłam w sobie, ale wtedy odwróciła sie do mnie i zobaczyłam ze zdumieniem, że łzy lecą jej po twarzy i wygląda na kompletnie załamaną. Była to ostatnia rzecz, której się po niej spodziewałam, więc patrzyłam na nią jak żaba na piorun (cokolwiek by to nie znaczyło). W końcu zapytałam, co jej się właściwie stało i jaki to ma związek ze mną. Wtedy trochę się doczyściła za pomocą chusteczki jednorazowej (nie takiej ładnej, jaką kiedyś miał Piotrek, ale za to ślicznie i bardzo mocno pachnącej truskawkami), spojrzała mi w oczy i zapytała, czy obrażam jej inteligencję, czy swoją. Jako, że nie chciałam nikogo obrażać, a już szczególnie naszych inteligencji, więc powiedziałam, że to wszystko moja wina i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, jest mi wstyd i że jestem kompletnie nieudana i niedorobiona (za to ostatnie stwierdzenie przepraszam mojego świętej pamięci Tatę).
Ciotka powiedziała, że akurat jedynym winnym jest durny i kłamliwy skurwiel jej mąż, bo nawet Piotrek, jako idiota i matoł w jednej osobie, ma na swoje usprawiedliwienie, że został spłodzony przez totalnych zboków i na dodatek wychowywał się wśród dewiantów i degeneratów, chociaż o żadnym wychowaniu w tym wypadku nie może być mowy, bo trudno nazwać wychowaniem naukę perwersji i patologii. Chciałam się oburzyć i stanąć w jego obronie, ale ciotka podniosła rękę i powiedziała, że zanim coś powiem, a jako osoba młoda i niedoświadczona na pewno powiem jakiś absolutny kretynizm, to najpierw mam jej wysłuchać. A potem smarkając od czasu do czasu w te ładnie pachnące chusteczki, ale już nie płacząc opowiedziała mi historię swoją i Andrzeja.